Wyszedłem od wróżki,
przepowiedziała mi przyszłość. Na mej drodze stanie Anioł i
Demon.
Wolnym, pewnym krokiem przechadzałem
się po deptaku.Zmrok już zapadł, a latarnie rzucały światło,
jakby chciały wskazać ludziom drogę, lecz jakby zawiodły się już
nie raz. Tym razem nie założyłem słuchawek, po prostu wsłuchiwałem
się w rytm miasta. Otworzyłem dusze i umysł. Czułem się pewnie,
czując muzykę grającą w mojej duszy.
Ona czuła wewnętrzny szept. Szła,
jakby unosiła się na skrzydłach wiecznego optymizmu. Dobro biło
od niej z niesamowitą siła. Zwykli, szarzy ludzie gdy ją mijali
nabierali barw, a uśmiech pojawiał się w ich wnętrzu. Była
Aniołem.
Im dalej tak wędrowałem, tym mniej
ludzi spotykałem. Los zaprowadził mnie do parku. Na pierwszy rzut
oka panował w nim spokój, w pewnym sensie szczęście. Oaza w
mieście. Ale nic nie jest takie jak się z zewnątrz wydaje. Jakiś
bezdomny spał na ławce. Na innej siedział młody chłopak. W jego
nogach leżał plecak, w ręcę trzymał już prawie pustą butelkę.
Nieco dalej widziałem parę. On trzymał w rękach róże. Żółtą.
Ona, cała zapłakana chowała twarz w dłoniach. Miałem dość
nieszczęścia panującego w oazie.
Stała pod ścianą. W długim
skórzanym płaszczu przyozdobionym łańcuchami. Włosy miała tak
czarne, jakby sam Asmodeusz je zafarbował. W ręce dzierżyła miecz,
którym mogła zabić tylko siebie. I nie był on srebrny. Nieszczęśnicy którzy wybrali właśnie tą drogę przechodzili na
drugą stronę ulicy, aby przypadkiem nie obudzić zła. Przeszedłem
obok niej, spoglądając w jej czarne oczy przepełnione pustką.
Uśmiechnęła się do mnie, najbardziej "słodko" jak
tylko potrafiła. Czysty Demon.
Usiadłem kawałek dalej, dobyłem
swój miecz, a pustą paczkę wyrzuciłem. Spotkałem dzisiaj Dobro i
Zło. Nic w tym dziwnego. W końcu spotkałem siebie, tylko że w
dwóch różnych osobach.
Latarnia obok mnie zgasła, i zapanował
całkowity mrok.