Wyszła na spacer. Było już ciemno a w jej małej wiosce wszyscy już spali. Wybrała się w stronę lasu. Przechodząc koło pola usłyszała chłodny śmiech roznoszący się po nim. Przerażona szła dalej nie rozglądając się nawet. Rzuciła się w stronę lasu. Biegła, wyrzucając kapelusz na pole. Ogarnął ją śmiech. Uwolniła się od kurtki, potem od koszuli narzucanej na koszulkę. Cień wielkich skrzydeł sprawił że poczuła się zdezorientowana. Przysłoniły one wielki księżyc w pełni oświetlający jej drogę podczas szaleńczego biegu. Uśmiech znikł z jej twarzy, spojrzała w górę. W tej samej chwili wpadła na coś, co przewróciło ją na kamienistą polną drogę. To właśnie te wielkie skrzydła wybudziły ją z transu. Podał jej rękę, postawił na nogi i zaciągnął ją w głąb drzew. Słychać było tylko śmiech, postaci zbliżającej się od strony pola. Była to kobieta, niemalże przezroczysta, ubrana
w białą, delikatną sukienkę. Na przemian śmiała się i śpiewała. W dłoni miała kilka źdźbeł pszenicy, a na głowie kapelusz dziewczyny. Zahipnotyzowana dziewczyna nawet nie zauważyła kiedy wszystko się wydarzyło. Poczuła na twarzy podmuch wiatru, czarne skrzydła skontrastowały z bladą skórą upiora, i w po chwili pochłonęły jej białą sukienkę. Krzyk i chłód emanował z miejsca fuzji demonów. Zostało po nich tylko oblodzone czarne pióro i kapelusz z wplecionymi zbożami. Wracając, czuła na sobie wzrok i podmuch tego, który ją z pewnością ocalił.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz